mental health

wow.

Zabierz mnie tam, gdzie głos obowiązku, a kompletny brak serca
Zabierz mnie tam, gdzie ciało nie płonie
Wszystko jest rozsądne, odpowiednie
Zabierz mnie tam, gdzie głowa spokojna unosi się myślą czystą
Zabierz mnie tam, gdzie będzie nudno, ale gdzie będę szczęśliwa

Gdzie to jest, no gdzie to jest
Powiedz mi, proszę, powiedz mi
Chcę być tam, oddychać tam
Spokoju, spokoju, spokoju więcej chcę
Gdzie to jest, no gdzie to jest
Powiedz mi, proszę, powiedz mi
Chcę być tam, oddychać tam
Spokoju, spokoju, spokoju więcej chcę

Pokaż mi świat, gdzie myśli nie słabną w intymnym uścisku
Pokaż mi świat, gdzie delektują się dobrą zasadą i Bogiem i trudem
Pokaż mi świat, gdzie głowa spokojna unosi się myślą czystą
Pokaż mi świat, gdzie miłość ma źródło poprawne jedynie

Gdzie to jest, no gdzie to jest
Powiedz mi, proszę, powiedz mi
Chcę być tam, oddychać tam
Spokoju, spokoju, spokoju więcej chcę
Gdzie to jest, no gdzie to jest
Powiedz mi, proszę, powiedz mi
Chcę być tam, oddychać tam
Spokoju, spokoju, spokoju więcej chcę

Zabierz mnie tam, gdzie głos obowiązku, a kompletny brak serca
Zabierz mnie tam, gdzie ciało nie płonie
Wszystko jest rozsądne, odpowiednie
Zabierz mnie tam, gdzie głowa spokojna unosi się myślą czystą
Zabierz mnie tam, gdzie będzie nudno, ale gdzie będę szczęśliwy

The Dumplings – Tam gdzie jest nudno ale gdzie będziemy szczęśliwi

Chyba to tam właśnie zabrał mnie Depratal. Mam takie momenty czegoś pomiędzy jasnością, a całkowicie chłodną i bezduszną analizą, w których wydaje mi się, że wszystko jest rozsądne, odpowiednie. Głowa spokojna, myśl czysta, ale kompletny brak serca. To ostatnie to zarazem siła i główny problem tego stanu.

Na początku psychoterapii oznajmiłem, że nie wiem, co mnie cieszy i czego chcę. Gdzieś w trakcie natomiast wyszło, że są rzeczy, które mnie cieszą, wiem, że je lubię i widać to po mnie, gdy o nich opowiadam. Może mam jednak jakieś hobby, koniec końców. Problem polega na tym, że to hobby to jednak maszyny, technika, elektronika, 8-bitowe retro komputery, programowanie, książki – rzeczy, które są angażujące w samotności i realizowalne w pojedynkę. Aktywności, które nie wymagają ode mnie kontaktu z innymi ludźmi. Jeśli jednak wymagające, to będzie to kontakt sporadyczny, naładowany merytorycznymi informacjami, pozbawiony okazji do nieporozumień i dopowiedzeń. Aktywności, które pozwolą mi albo odciąć się od świata, albo podchodzić do niego analitycznie i badawczo.

Z ludźmi tak nie potrafię. Mój mózg nie nauczył się, jak się z nimi zdrowo komunikować, budować relacje, poprawnie interpretować (nie wbrew sobie) ich wypowiedzi, budować swoje tak, by komunikowały emocje i potrzeby. To dla mnie kompletnie obcy język. Nie daje się opisać algorytmami, nie daje się przewidzieć na kartce papieru wszystkich możliwych skutków, reakcji i rozwojów wydarzeń. Zbędne ryzyko. Oczekiwania, zranienie.

Ludzie, jak się dowiaduję, kojarzą mi się właśnie z powinnością, obowiązkiem. Kiedy są obok, muszę poświęcać im 100% swojej uwagi. “Chodź, nie siedź tylko w tym swoim pokoju, porozmawiaj z gośćmi”. Dobry synek to taki, który spełni prośbę, zostawi wszystko, co go interesowało i przyjdzie posiedzieć z ciotkami i wujkami “porozmawiać”. Złe dziecko miałoby swoje zdanie, potrzeby, zajęcia. Byłem dobry. Całe życie staram się być dobry, odgadywać oczekiwania, spełniać je, dopiero gdy wszyscy będą już zadowoleni, a ja nikogo nie zawiodę – wtedy mogę iść do swojego pokoju i mieć swój świat. Inaczej moje poczucie własnej wartości zostaje zdeptane w pierwszej chwili, gdy tylko ośmielę się pomyśleć, że chciałbym spędzić czas inaczej, niż ktoś zaproponował (lub wręcz spytał mnie o zdanie, a ja poczułem, że jest Jedna Dobra Odpowiedź), a puka w dno od spodu, jeśli się odezwę i spróbuję to zasugerować.

Niepokoi mnie to, ale najlepiej czuję się sam. Lubię swoją pracę, poświęcam jej czas z własnej woli, rozumiem ją i jestem w stanie rozumowo znaleźć odpowiedzi na pytania, z którymi ktoś do mnie przyjdzie. Wtedy oni się cieszą, ja się czuję potrzebny, przydatny, jestem zadowolony, spełniony.
Lubię swój 8-bitowy komputer, dziwne sprzęty komputerowe, o które nikt w tym momencie życia nie spyta “a po co Ci to”, “naprawdę musiałeś to kupić”, “po co Ci stary złom”, “przecież to nawet do końca nie działa”. Lubię odkrywać ich możliwości, uczyć się z nimi czegoś nowego, rozwijać się. Lubię znajdować w internecie innych pasjonatów tego sprzętu i technologii. Nie gry, chociaż konkursy na najlepszą w danym roku grę na 35-letni komputer mają imponujące kandydatury, ale sprzęt i informacje, rozszerzenia, bajery. Sprawianie, że robi się coś, o czym się wcześniej nie wiedziało, że jest możliwe. Stare komputery dawały nieustanne wrażenie odkrywania, nauki, rozwoju. Komputer witał Cię najczęściej gotowością (komunikatem “Ready”) do programowania w języku BASIC. Sekundę po włączeniu maszyny byłeś zachęcony by nauczyć się programować.

Niepokoi mnie to dlatego, że to, o czym opowiadam z radością to nie jest to, co robię z kimś. Ludzie, których przecież chcę wokół siebie (dobrych, inteligentnych, z zainteresowaniami, najlepiej innymi od moich, bym czuł, że się rozwijam), oczekują natomiast, że to oni będą w centrum uwagi.
Gdy opowiadam, o tym, z kim spędzam najwięcej czasu, słyszę “widzi Pan dużo dobrych cech, docenia je Pan, ale brakuje czegoś, co to wszystko spaja i daje radość”.

Powinienem się odizolować. Przynajmniej do czasu, aż znów usłyszę chóry anielskie.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *